Pałac Prezydencki w Warszawie, wikimedia commons, GNU, Artur Białek
Wybory prezydenckie w 2008 roku w Stanach Zjednoczonych były bezsprzecznie pod jednym względem rewolucyjne. Stopień wykorzystania Internetu w kampanii wyborczej był najwyższy w historii. A to za sprawą Baracka Obamy i prawie stu ludzi z jego sztabu, którzy zajmowali się tylko Internetem. Jak więc może wyglądać polska kampania prezydencka w Internecie?
Z pewnością będzie prowadzona z mniejszym rozmachem. W Polsce dostęp do Internetu ma ok 50 proc. obywateli. To oczywiście mniej niż w USA o minimum 20 proc., niemniej i tak jest to duża liczba. Nie to jednak jest najważniejsze. Większe znaczenie ma przekonania wyborców, dla których dominującym źródłem zdobywania informacji o polityce jest telewizja, radio i prasa. Internet jest na ostatnim miejscu i wydaje się, że długo nie zmieni się ta tendencja. Polacy wykazują znacznie większe zainteresowanie debatą telewizyjną, wywiadem radiowym, czy komentarzem w gazecie niż wideokonferencją na żywo, wpisami na Twitterze i Facebooku, czy wystąpieniami na YouTube.
Trzeba także zaznaczyć, że choć osoby w średnim i starszym wieku w pewnym stopniu korzystają z Internetu, to nie są tak skorzy do interakcji z kandydatami poprzez choćby serwisy społecznościowe, jak osoby młode. Skutek tego jest taki, że zmniejsza się pole oddziaływania kandydatów w zasadzie tylko do osób młodych. Twierdzenie to potwierdza Raport Harris Interactive z 2009 r., według którego aż 74 proc. Amerykanów w wieku 18-34 posiada konto w serwisie społecznościowym. Natomiast tylko 24 proc. spośród osób 55+ ma swój profil np. na Facebooku. Raport pochodzi oczywiście z USA, gdzie uczestnictwo polityczne w Internecie jest znacznie większe, więc analogiczne badanie przeprowadzone w Polsce dałoby raczej proporcjonalnie mniejsze wyniki.
Kampania w USA- wzór
O tym jak będzie wyglądać kampania internetowa w Polsce możemy się dowiedzieć zaglądając do Stanów Zjednoczonych. Kandydat Demokratów Barack Obama był dosłownie wszędzie. Na Facebooku, Twitterze, Flickrze, MySpace i innych serwisach. Nie dość, że zebrał kilka milionów fanów, to jeszcze jego sztab stworzył własny portal społecznościowy, gdzie można było między innymi rywalizować w tym kto więcej wpłacił pieniędzy. Oczywiście samo pojawienie się wśród internautów to nie wszystko. Decydującym czynnikiem powodzenia była postawienie na interakcję, czyli nie tylko zamieszczanie suchych informacji np. o wywiadzie kandydata w radiu. Obama uczestniczył w wielu wideokonferencjach, prowadził bloga i mikrobloga. Co ciekawe, gdy wyborca wpłacał kwotę na konto Obamy, do każdego z nich dzwonił ktoś ze sztabu dziękując za wpłatę i pytając się o motywację.
Pracownicy prezydenta USA zachęcali ludzi do zgłaszania swoich sugestii drogą mailową lub w komentarzach pod postami. Internauci mogli również głosować nad propozycjami. I tak postulat o Stanach jako “najbardziej zielonym kraju na świecie” zyskał 70 tys. głosów poparcia. Nie było również problemu ze skontaktowaniem się z zespołem doradców Obamy, którzy cierpliwie odpowiadali na konkretne pytania przesyłane w e-mailu. Zachęcanie ludzi do dzielenia się pomysłami nie tylko aktywizowało społeczeństwo amerykańskie ale także pośrednio przyczyniło się do stworzenia różnych oddolnych inicjatyw, takich jak amatorskie filmiki wyrażające poparcie dla Obamy. Kandydat Demokratów zebrał aż 2 miliony wolontariuszy, którzy aktywnie pomagali wypromować Obamę dzwoniąc do innych, czy stosując metodę wizyt “od drzwi do drzwi”.
Internet, czyli wyborczy listek figowy
Czy kampania prezydencka w Polsce ma w ogóle szansę tak wyglądać? Pierwszy krok wykonało już Prawo i Sprawiedliwość tworząc własny portal społecznościowy MyPis.pl (ma wystartować w okolicach Wielkanocy). Pomysł bazuje na standardowej formule tego typu serwisów z tym dodatkiem, że będzie można zgłaszać sugestie do sejmowych ustaw (żadnym nowum to jednak nie jest bo przecież można to robić na wiele innych sposobów). Ciekawostką jest też to, że mają się tam wypowiadać politycy PiS. Pomysł podbicia serc internautów jest bardzo dobry, ale pytanie czy oni to kupią wiedząc jaka jest o nich opinia prezesa Kaczyńskiego.
Kandydaci mają już swoje konta w serwisach społecznościowych, czy własne strony internetowe, ale nadal nie wiadomo jak bardzo będą chcieli z nich korzystać. A przecież warto. Internet daje niesamowite możliwości choćby dla kandydatów spoza parlamentu, którzy są pozbawieni dotacji budżetowych na kampanię. Obama dzięki dobrowolnym wpłatom wydał na kampanię ok 600 mln dol., czyli dwa razy więcej niż McCain. Globalna sieć pozwala także bezpośrednio i masowo komunikować się z wyborcami w przeciwieństwie do telewizji, gdzie wszystko jest relacjonowane zza “szkła”. Komunikacja wreszcie może być pozbawiona pośredników i może przebiegać dwustronnie, czyli polityk może otrzymywać informacje zwrotne od wyborców. Co więcej, internauci sami mogą współtworzyć tę kampanię. Zalet i ukrytych możliwości jest więc mnóstwo. Choć społeczeństwo w Polsce zapewne nie jest jeszcze tak skore do interakcji i uczestnictwa jak w USA, to w mojej opinii przyszedł wreszcie czas, żeby Internet stał się listkiem figowym najbliższych wyborów. Kto będzie w stanie w pełni wykorzystać to medium i przeciągnąć na swoją stronę młodych wyborców, ten powinien zwyciężyć.
Źródło: gazeta.pl, psz.pl
Dariusz Konik
Kampania wyborcza w sieci
krokami prezydencka kampania wyborcza, ma szansę być pierwszą w Polsce rozgrywką polityczną, toczącą się w sieci na tak szeroką skalę. Mając na uwadze szybko rosnącą popularność mediów społecznościowych oraz szum, jaki wokół Internetu – zupełnie przypadkiem – wywołał rząd, można się spodziewać dalszych politycznych zabiegów przeprowadzanych w tym nowym dla kandydatów i ich otoczenia środowisku.
Niedawne spotkanie premiera z internautami, nawet jeżeli było jedynie czystym zabiegiem wizerunkowym ze strony KPRM, stanowi pewną cezurę. Użytkownicy sieci stali się nagle ważną grupą wyborców, o których poparcie należy zabiegać. Spin doktorzy kandydatów do fotela prezydenckiego nie śpią i doskonale wiedzą, jak Internet zmienia i wpływa na kampanie wyborcze w świecie. Tym razem odwracanie się od tego środowiska nie ma już racji bytu, a każda uwaga na temat powagi jego przedstawicieli będzie strzałem w stopę. Internauci, jako zbiorowość, od dawna nie są już bowiem zamkniętą grupą pasjonatów nowinek technologicznych.
Właściwie takie kategoryzowanie odeszło do lamusa wraz z olbrzymim sukcesem Naszej Klasy, która przekonała do sieci szerokie masy nieco starszych obywateli. Dzisiaj “Internet w każdym domu” to standard, co doskonale zobrazowała niedawno Gazeta Wyborcza, publikując cykl tekstów o wykluczeniu cyfrowym. Wynikało z nich, że nawet w gorzej sytuowanych gospodarstwach domowych, podłączony do Internetu komputer stanowi nieodłączny element wyposażenia. I chociaż nie wszyscy jeszcze korzystają z niego tak efektywnie, jak to jest możliwe (zdaniem badaczy, skupiają się głównie na rozrywce, zakupach w sieci i komunikacji, nie szukają zaś pracy, ani nie poszerzają własnej wiedzy), to ich kapitał społeczny będzie dzięki obecności w Internecie stale rósł. Coraz więcej obywateli płaci rachunki, czy składa deklaracje podatkowe online. Internet stał się zatem dla przeciętnego Polaka zupełnie naturalnym medium. Póki co, politycy badają ten grunt w kontaktach z nieco bardziej zaawansowanymi użytkownikami. Czy niedługo ich przekaz trafi pod strzechy?
Spotkanie premiera z internautami wywołało mieszane uczucia. Z jednej strony była to bowiem pierwsza tego typu konferencja, a internauci – jako grupa społeczna – zyskali na znaczeniu. Rząd wycofał się z najbardziej kontrowersyjnych zapisów w proponowanej ustawie regulującej Internet (na pewno nie będzie osławionego Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, zwanego ironicznie “rejestrem stron zakazanych”), a o konferencji poinformowały wszystkie telewizje. Z drugiej, pod adresem organizatorów spotkania posypały się gromy z powodu doboru przedstawicieli internautów – zarzucono im m.in. zamknięcie pojęcia internauty do wąskiej grupy “znajomych” blogerów i zaakceptowanych przez stronę rządową organizacji pożytku publicznego. Internet podzielił się w opiniach na tzw. “heavy userów” oraz swoisty głos ludu. Ci pierwsi są zdania, że tylko zaawansowani, aktywni użytkownicy sieci, byli w stanie zorganizować tego typu spotkanie.
Pierwsze koty za płoty, droga do kolejnych kontaktów na linii władza – internauci została otwarta (rząd wyraził zresztą chęć kontynuowania konsultacji). Całej reszcie pomysł organizacji debaty z udziałem samozwańczych “przedstawicieli internautów” wydał się zgoła podejrzany. Z samej konferencji może być zadowolony przede wszystkim premier. Była to dla niego świetna inwestycja wizerunkowa, która niezwykle płynnie wpisała się w całość swoistej “strategii internetowej” rządu. Pomysł spotkania narodził się bowiem w serwisie mikroblogowym Blip, gdzie Kancelaria Premiera również ma swoje konto. Prowadzący bloga Mediafun Maciej Budzich, który był głównym organizatorem spotkania, został zaś okrzyknięty “człowiekiem, który zatrzymał premiera”.
Podczas konferencji i w opublikowanym na jej zakończenie oświadczeniu rząd zapowiedział, że w celu prowadzenia konsultacji społecznych i zachowania przejrzystości legislacji, zostanie stworzona specjalna platforma internetowa. Podobne strony działają już w USA i Wielkiej Brytanii. Czy owa propozycja to rzeczywiście efekt zamierzonej budowy “nowoczesnej Polski”, czy właśnie początek kampanii wyborczej? Niepokoją ostatnie doniesienia z kręgów rządowych. Zespół odpowiedzialny za opracowanie systemu e-administracji opuścił niedawno główny autor reformy, Witold Dróżdż. Słynny zapis o obowiązku instalacji światłowodów w nowo oddawanych do użytku budynkach (który oznaczał de facto “szybki Internet” dla każdego), dziwnym trafem zniknął z ustawy po jednym z posiedzeń Rady Ministrów. To wszystko nie nastraja zbyt optymistycznie i każe baczniej przyglądać się zapowiedziom premiera Donalda Tuska. Miejmy nadzieję, że rząd wykona jednak ten odważny skok do przodu. Pozwoli to na efektywniejszą kontrolę społeczną i być może zapobiegnie kolejnym, zupełnie niepotrzebnym spięciom, jak zaskakująca propozycja ustawy regulującej Internet.
Poza Kancelarią Premiera i kilkoma profilami kandydatów na urząd prezydenta w portalach społecznościowych, na razie w Internecie nie dzieje się zbyt wiele. Wygląda na to, że sztaby wyborcze nie do końca rozumieją specyfikę sieci, gdzie przede wszystkim liczy się interakcja i dialog ze społeczeństwem. Tradycyjny, jednostronny przekaz “reklamowy” po prostu nie pasuje do tego medium. Portale, takie jak Facebook, czy Twitter nie powinny być miejscem, w którym kandydat zasypuje swoich potencjalnych wyborców suchymi komunikatami na temat prowadzonej kampanii. To są nowoczesne media, gdzie internauci przychodzą w celu żywej wymiany opinii i brak odpowiedzi na zadane pytanie jest tam traktowana jako niewybaczalna “wtopa”. O tym, że wkraczając w sferę Internetu należy zupełnie zmienić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia ze “starych mediów”, doskonale przekonał się kandydat Andrzej Olechowski. Jego sztab zaczął masowo rozsyłać zaproszenia do kontaktu w portalach GoldenLine i Facebook, co szybko zostało uznane przez użytkowników za spam. Na GoldenLine Olechowski doczekał się nawet “bana”, a jego otoczenie odczytało to jako formę szykany ze strony właścicieli portalu. W rzeczywistości był to efekt niezrozumienia tego, jak i po co działają portale społecznościowe. Te pierwsze, nieśmiałe próby obcowania pierwszoligowych polityków z Internetem, przypominają zatem ruchy słonia w składzie porcelany. Komuś dzwoni, że w USA nowe media stanowiły trzon ostatniej kampanii, ale prawidłowe przełożenie tego trendu na polski grunt wymaga chyba jeszcze nieco czasu. Inne propozycje sztabowców są raczej mało poważne. Otoczenie kandydata Jerzego Szmajdzińskiego wymyśliło np. nawiązującego do Turbodymomena “Superszmaję”. Reakcji internautów można się było spodziewać. Dominującym było ironiczne pytanie – jak poważny kandydat pozwolił się “wkręcić” w coś takiego? Sztab kandydata poszedł więc po rozum do głowy i projekt Superszmaja przemianował na… Szmajaok.
Dużo lepiej i efektywniej niż politycy i ich sztaby, potęgę przekazu internetowego starają się wykorzystywać dziennikarze i publicyści. Już kilka miesięcy temu reporter Polsatu Tomasz Machała otworzył serwis “Kampania na żywo”. Pojawiają się na nim codzienne doniesienia z frontu walki o prezydenturę – najnowsze sondaże, wywiady, materiały video, analizy. Można się też dowiedzieć, co przez najbliższe 24 godziny będzie robił każdy z kandydatów. Jest również okno ze strumieniem informacji, jakie Tomasz Machała zamieszcza na Twitterze. Są to m.in. relacje z konferencji prasowych, a także ekskluzywne informacje, które udało się uzyskać od polityków. Wreszcie to “Kampania na żywo” jako pierwsza dotarła i opublikowała informacje na temat nowej strony internetowej Jerzego Szmajdzińskiego. Inne portale powoływały się na serwis redaktora Machały (niestety, nie wszystkie, co ten nazwał w jednym ze swoich wpisów na Twitterze kradzieżą) dając dowód na to, że nawet inicjatywy internetowe pojedynczych autorów, mogą i będą stanowić w tej kampanii cenne źródło informacji.
Inny z dziennikarzy, Michał Karnowski, również postanowił wykorzystać rosnącą w Polsce popularność Twittera. Zaproponował swoim subskrybentom, żeby przesyłali za pośrednictwem tego portalu propozycje pytań do jednego z gości radiowego “Salonu Politycznego” Trójki. Eksperyment się powiódł, a redaktor Karnowski rozważa jego kontynuację – tym razem pytania na Twitterze miałyby być zadawane na żywo, podczas trwania audycji. I chociaż znany i szeroko komentowany w mediach jest jego konflikt z resztą redakcji Trójki – Karnowski jest uważany za dziennikarza sprzyjającego PiS, a zawiązany niedawno w stacji związek zawodowy domaga się jego odwołania – nie da się ukryć, że jest pierwszym dziennikarzem w Polsce, łączącym w ten sposób medium tradycyjne z głosem obywateli płynącym z portalu takiego, jak Twitter.
Zauważył to ostatnio specjalista od wizerunku politycznego Eryk Mistewicz, który również na Twitterze nadmienił, że taka praktyka na zachodzie to już standard. Ale Twitter potrafi też zaszkodzić. Sporą “wpadkę” zaliczył m.in. poseł PiS, Paweł Poncyljusz. Jego słynne już “szkoda PiS” napisane na Twitterze po kongresie tej partii, miało być prywatną wiadomością wysłaną do znajomego. Niestety, wystarczyła chwila nieuwagi i omsknięty na klawiaturze palec wywołał lawinę dyskusji na temat wewnętrznych napięć w PiS. Nie pomogło nawet usunięcie feralnego, publicznego wpisu, bo przecież w Internecie nic nie ginie. A może ten zabieg był celowy? Z podobnym problemem już do końca kampanii będzie się zmagał Andrzej Olechowski. Jego sztab pośpiesznie usuwał z sieci materiał filmowy z którego wynikało, że ów kandydat nie do końca wie, ilu dokładnie jest w Polsce bezrobotnych.
Prezydencka kampania dopiero nabiera tempa. Póki co, najciekawsza debata na temat wyborów toczy się właśnie wśród internautów na Twitterze. Dziennikarze wykorzystują nowe narzędzia do poszerzania kanałów komunikacji zarówno ze swoimi odbiorcami, jak i z politykami. Ci ostatni są na razie daleko z tyłu. Kto pierwszy opanuje trudną sztukę interakcji z wyborcami za pośrednictwem sieci, już na starcie będzie mógł liczyć na uzyskanie sporej przewagi. Tym samym da pewnie przykład rzeszom potencjalnych kandydatów w wyborach samorządowych. Chociaż w ich przypadku Internet nie będzie zapewne odgrywał tak znaczącej roli, to kto wie – za pół roku prosty profil na Naszej Klasie może już nie wystarczyć.
Mateusz Pułkowsk

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz